W latach świetności zakład zatrudniał blisko 3 tysiące osób. Byli to nie tylko mieszkańcy gminy. Z Wałbrzycha do Walimia dojeżdżały trzy autobusy, dowożące pracowników. Tkaniny tu produkowane eksportowano m.in. do Australii, Nowej Zelandii, Honkongu, Japonii czy USA.
- Była to rewolucja przemysłowa jak w Anglii. Jak w filmach Wajdy. Trzech akcjonariuszy stawia nowoczesną fabrykę i tym samym zmieniają oblicze tej ziemi. Zaczynają budować infrastrukturę m.in. trzy wille, które do dziś zostały, budynki administracyjne, dla pracowników. Następuje ogromny rozwój – opowiada Łukasz Kazek.
Później nastąpił proces prywatyzacji i przejście z gospodarki planowanej na rynkową.
Cały „majątek” fabryki został wyprzedany, a po zamknięciu fabryki na początku lat dziewięćdziesiątych ludzie zostali bez środków do życia.
- Po dziś dzień ludzie są sfrustrowani, nieufni wobec siebie. Kiedy to się stało ja chodziłem do szkoły średniej. Wówczas pojawiło się zagrożenie, że w Walimiu zaczną się pojawiać postacie z nowel Sienkiewicza. Ludzi nie było stać na bilet dla dzieci do szkoły. Proboszcz dokładał do biletów i obiadów. Gdyby nie mój dziadek, podejrzewam, że ja również nie miałbym tak dobrze, jak miałem. To był straszny czas – wspomina Łukasz Kazek.
Jeszcze na przełomie 2003 i 2004 roku wysprzedawano cegły pochodzące z dawniej świetnie prosperującej fabryki. Był to straszny obraz. Cena takiej cegły wówczas to … 30 groszy.
- Spotkałem kiedyś córkę, dawnego dyrektora fabryki. Pamiętam, że przyjechała autem na niemieckich tablicach i oglądała... Powiedziała wtedy do mnie „Wie Pan, mój ojciec w kałamarzu zostawił pióro w biurze”. Nie mówiła o depozytach, sejfach, dokumentach...dla niej wszystkim było to ojca pióro w kałamarzu w biurze...- wspomina Łukasz Kazek.
Później było już tylko gorzej... Pozostałości po dawnych Zakładach Lniarskich były podpalane. Ruiny stały się miejscem przebywania bezdomnych i schadzek osób niestroniących od alkoholu.
- Przez 50 lat PRL-u w Walimiu powstały tylko dwie inwestycje, które wybudował zakład. Tak naprawdę to on regulował życie mieszkańców gminy. O 14:00 z fabryki rozbrzmiewała syrena, a ludzie wraz z nią regulowali sobie zegarki. Zakłady organizowały też życie kulturalne – Czerwone Gitary, Trubadurzy, Maryla Rodowicz – oni wszyscy tu byli, dzięki fabryce, która była nie tylko prężnie działającym ośrodkiem przemysłowym, ale i kulturalnym - opowiada Łukasz Kazek.
Życie mieszkańców Walimia toczyło się wokół zakładów. Najpierw szło się do szkoły, później pracowało w fabryce, a następnie odchodziło na emeryturę. Tak było przez dwa pokolenia.
-Ja być może byłbym tym trzecim pokoleniem...Dwa lata temu, na cmentarzu, znaleziono tablicę księgowego, który był przy rozpoczęciu budowy fabryki - mówi zamyślony Łukasz Kazek.
Dziś po fabryce nie ma śladu. Jeszcze do niedawna o jej istnieniu świadczyły ruiny dawnego zakładu. Rozebrane i wyburzone zabrały ze sobą ostatni ślad po Zakładach Lniarskich istniejących w Walimiu. Reszta pozostała w pamięci mieszkańców.
Foto: użyczone, Łukasz Kazek