Przedłuża się czas oczekiwania na niezbędne zgody od właściciela terenu. Bez tego odkrywcy nie mogą rozpocząć prac. Pomimo iż niedawno odkrywcy informowali, że otrzymali od PKP zgodę „ustną” na prace na 65 kilometrze trasy kolejowej Wrocław – Wałbrzych, ta oficjalna, papierowa, jeszcze nie wpłynęła. A bez tego ani rusz.
Piotr Koper przyznaje, że najtrudniej jest rozmawiać z urzędnikami, którzy nie chcą brać odpowiedzialności za konkretne decyzje i przerzucają odpowiedzialność na innych.
– To długo trwa, bo to jest kraj urzędników. Urzędnicy boją się podejmować decyzje, sprawdzają trzy razy każdy przecinek. Cała sprawa jest na świeczniku i będą się jej przyglądać nie tylko ogólnopolskie, ale też i światowe media, dlatego każdy boi się popełnić błąd, podejmowanie decyzji jest przeciągane w czasie, urzędnicy najchętniej spychają zadania na kogoś innego. Taka spychologia – mówi Piotr Koper.
Chwilami można odnieść wrażenie, że PKP odkrywcom zadania nie ułatwia. Na początku lutego PKP PLK zleciło na terenie 65 kilometra układanie światłowodów. Jak tłumaczył wówczas rzecznik PKP PLK Mirosław Siemieniec, nie miało to jednak w żaden sposób utrudniać zaplanowanych przez odkrywców prac. Siemieniec przekonywał, że PKP PLK w żaden sposób nie sabotuje planów odkrywców, jednak zgoda na przeprowadzenie prac odkrywkowych nadal nie została przyznana.
– To są prace, które są czasowe, gdyż związane są tylko z układaniem światłowodów, nie trwają one długo i w żaden sposób nie są związane i nie wpływają na inne prace, które mogą być prowadzone obok torów – tłumaczył rzecznik prasowy PKP Polskich Linii Kolejowych, Mirosław Siemieniec – Prace są normalnymi pracami zaplanowanymi w ramach eksploatacji linii kolejowej. Pamiętajmy o tym, że podstawowym celem linii kolejowych jest prowadzenie ruchu pociągów i PLK skupiają się na tej czynności.
Co ważne, jeśli zgody nie uda się uzyskać szybko, prace odkrywkowe planowane na wiosną będą niemożliwe. Przed ich rozpoczęciem konieczne jest wycięcie 150 drzew, co zgodnie z przepisami musi zostać wykonane do końca marca.
– W sumie jest ich 150, ale niektóre są bardzo małe, przypominają raczej kij od szczotki, ale formalnie każde z nich jest liczone jako drzewo – mówi Piotr Koper.
Odkrywcy szacują że koszt planowanych przez nich prac to ponad 100 tysięcy złotych. Piotr Koper deklaruje, że część tej kwoty udało się już pozyskać. Odkrywcy nieustannie spotykają się z przejawami entuzjazmu, wsparcia i chęcią pomocy, często od osób wcześniej im nieznanych.
– Zgłaszają się bezinteresowni ludzie, którzy chcą nam pomóc, chcą pomagać w kopaniu, przywożą nam kontenery. Ktoś inny zgłosił się, że pomoże przy wycince drzew, ktoś inny chce użyczyć koparkę. To są bardzo miłe rzeczy, fakt, że wytworzyła się taka akcja jest bardzo miły. Ludzie widzą jakie problemy z tym wszystkim i chcą pomóc – mówi Piotr Koper.
Piotr Koper zaznacza, że celem odkrywców nie jest wydobycie „złotego pociągu”.
– Chcemy właścicielowi, czyli Skarbowi Państwa pokazać gdzie stoi ich własność. My chcemy wykonać pierwszy ruch, reszta należy do Skarbu Państwa, nie do nas, my nie jesteśmy właścicielami . Planujemy prace odkrywcze, które mają na celu pokazanie gdzie stoi pociąg, później trzeba będzie go odkopać, odrestaurować i postawić w jakimś muzeum. Ale żeby tak się stało trzeba działać, a nie czekać na nie wiadomo co – mówi Piotr Koper.
Odkrywcy deklarują, że mogą zacząć kopać choćby jutro. Dysponują sprzętem, planem pracy i fachowcami, którzy mają nadzorować całą procedurę. Zielone światło dały także władze miasta. Ale czy to wystarczy by wygrać bitwę z urzędnikami?